Wielkimi krokami zbliża się moment, w którym 30 lat temu Mateusz Kusznierewicz zdobył złoty medal na IO w Atlancie – Savannah a ja mu w tym sukcesie znacząco pomogłem. Wspominam wiele ciekawych faktów z tej kampanii olimpijskiej i całego tego sezonu, bo przecież ja już aktywnie startowałem na 46 stopowej Pincie Willy Illbrucka i ILC 40 Omen – Thomasa Friese.

ale najpierw kilka słów o zbliżającej się 40 rocznicy mojego wyjazdu do Niemiec, która była pokierowana wolą szukania ,,lepszej przyszłości” związanej z żeglarstwem. Taką mi zabrano w PRL-u, będąc uznanym za nierozwojowego i krnąbrnego przez ówczesnych działaczy PZŻ. Miałem wtedy 22 lata i na 470-tce ścigałem się sporadycznie z czołowymi zawodnikami na międzynarodowych regatach. Wtedy brakowało mi najwyższej klasy sprzętu, przede wszystkim dobrych żagli ale widać było światło w tunelu, byłem przekonany, że następny sezon będzie już przełomowy i że na stałe zagościmy w czołówce. Niestety po zakończeniu sezonu zabrano mi sprzęt, bez żadnych rozmów, bez podania powodów tej decyzji… Z niewiadomych dla mnie powodów – skoro bylem taki nierozwojowy – nadal byłem w kadrze bojerowej i finansowano moje starty, które zaowocowały 5 miejscem na mistrzstwach świata w USA i tytułem vice mistrza Europy w Szwecji. Chyba też ,,klepnąłem” po raz pierwszy tytuł mistrza Polski seniorów. Wczesną wiosną wspólnie z kilkoma kolegami ustaliliśmy, że wyjeżdżamy do Niemiec i spotykamy się latem w Leverkusen u siostry mojego załoganta, która mieszkała już tam na stałe.

Dokładnie w czerwcu – 40 lat temu – oczekiwałem z wielkim niepokojem i niecierpliwością, czy moja dziewczyna Iza, a obecna żona dostanie paszport. Zaproszenia dostaliśmy od mojej ciotki, bez nich w tamtych czasach nie było mowy o uzyskaniu tego najbardziej pożądanego dokumentu uprawniającego do wyjazdu ,,NA ZACHÓD” – ziemii obiecanej wielu Polaków Pamiętam jak dzisiaj tłum ludzi przed urzędem w Olsztynie i człowieka wyczytującego nazwiska ,, szczęśliwców”. To było nasze ,,kolejne podejście”. Duża niepewność, emocje, niepokój były wyrysowane na twarzach oczekujących i radość połączona z niedowierzaniem, wyciągnięta ręka w stronę człowieka wydającego paszport, pewny chwyt i łzy szczęścia, nie myśląc o tym, że najtrudniejsze lata przed nami…

Wiza z ambasady niemieckiej była już formalnością. Pod koniec czerwca z Niemiec przyjechał po nas mój kuzyn Waldek. Na dach Forda Fiesty zapakowaliśmy kadłub DN-a, płozownicę i dwie torby z naszym ,,całym ówczesnym dorobkiem”. I ruszyliśmy w podróż, która zmieniła całe nasze życie. Granicę przekroczyliśmy bez problemów, celnicy trochę dziwnie patrzyli na ten sprzęt na dachu ale machnęli ręką. Potem autosrada i za kilka godzin byliśmy w Hamm u moich wujków.

to czysty przypadek – albo i nie… że otworzyłem moją pierwszą książeczkę sportowo – lekarską, w której mój tata wpisał regaty, w których startowałem.

Pierwszy moje regaty o Puchar Gazety Olsztyńskiej w Mrągowie odbyły się w dniach 15-16.06.1971 a więc dokładnie 55 lat temu. Zająłem 4 miejsce na 4 :-), a moimi ,,rywalami” byli Andrzej Januszewski, Andrzej Michalczyk i Wojtek Nowicki. Pamiętam doskonale jak oni wspaniale ścigali się robiąc liczne zwroty na halsówce wykorzystując małe zmiany wiatru, gdy ja żeglowałem na ,,dwa halsy”. Na te regaty przyjechałem z Tałt, gdzie mieszkali moi rodzice. To tam po raz pierwszy ,,siadłem” na optymistkę w 1969, a później moim ,,sparingpartnerem” 😉 był mój młodszy brat Hubert.

Kupa czasu…. minęła od tamtego momentu, jest co wspominać.

Witam po kolejnej dłuższej przerwie w przekazywaniu informacji co u mnie słychać. Lato wygląda bardzo spokojnie, tzn. bez większych planów startowych. Żeglarska emerytura i czas na robienie tego, na co nie miałem czasu do tej pory. Mogę zdecydowanie stwierdzić, że trwająca od 1990 roku moja kariera żeglarza zawodowego była wspaniałą przygodą ale jednocześnie bardzo ciężkim chlebem i pozostawiła spore ,,rysy” w zdrowiu nie tylko fizycznym. Przez te 35 lat byłem w ekstremalnym kieracie, w którym presja na sukces dyktowała profesjonalne podejście do każdych regat i mało miejsca na błędy, które w sporcie wyczynowym nie są akceptowane. Wysokie oczekiwania sponsorów, właścicieli projektów a także moje i moich załóg wymusiły na mojej psychice odpowiedni sposób funkcjonowania. Rywalizując na najwyższym światowym poziomie, na różnej wielkości jachtów, z najlepszymi załogami na świecie nauczyłem się znosić porażki i świętować zwycięstwa. Zebrane doświadczenie jest bezcenne i z jednej strony trochę szkoda, że to ,,Wielkie Żeglarstwo” w pewnym sensie już się skończyło, z drugiej od kilku lat odczuwałem już potężne ,, zmęczenie materiału”.

Teraz powoli uczę się życia bez ścigania się, bez rywalizacji, co jest nie lada zadaniem. Trzeba nauczyć się robienia prostych codziennych rzeczy nie mając wyrzutów sumienia, że się marnuje czas, że jest się mało efektywnym, Całe szczęście pozostały mi bojery, gdzie jestem ,,sterem, żeglarzem i okrętem” i wszystkie decyzje podejmuję sam. No i oczywiście ponoszę ich konsekwencje :-). Mimo tego, że sezon regatowy trwa krótko, wymaga to tym bardziej odpowiedniego przygotowania sprzętu oraz formy fizycznej i dobrej logistyki. Cieszą mnie tegoroczne wyniki osiągnięte w wieku 63 lat, ale najważniejsza jest ten joy ze ścigania się. To dodaje sił do życia.

Pomyślałem sobie, że teraz sobie powspominam to co działo się 20 -30 lub nawet 40 lat temu. Dzięki temu odtworzę tę ,,moją drogę”. Sam jestem ciekaw jak to będzie wyglądało, i jaki będzie mój komentarz do tych wydarzeń pisany z perspektywy wielu lat, które minęły od tamtych wydarzeń.

Trudno będzie zachować ścisłą chronologię, będzie trochę spontanu, trochę faktów, które jeszcze nie widziały światła dziennego, będzie ciekawie.

Obiecuję, że popracuję nad większą systematycznością.

pozdrowienia z Majd