Ubiegły tydzień był zupełnie inny dla mnie. Przez pierwsze trzy dni miałem dużą przyjemność trenować na jeziorze Plusznym młodego i utalentowanego żeglarza na mało popularnej w Polsce klasie RS Aero 5, gdzie korzystaliśmy z doskonałej infrastruktury Mariny Pluski. Warunki wietrzne były idealne do zrealizowania obszernego programu treningowego. Intensywna praca, duży progres i mimo zmęczenia uśmiech na twarzy Maksa.

Kolejne 4 dni towarzyszyłem mojemu koledze Tomkowi Stańczykowi, który trenuje załogi z Estonii i Czech, startujące w olimpijskiej klasie 49 FX. W Gdyni odbywał się tzw. Test Event przed mistrzostwami świata, które odbędą się za rok. Będzie to już eliminacja do IO w Los Angeles.

Mimo tego, że ,,dni w biurze” były długie i wymagające ode mnie ciągłej koncentracji a ciało nie przyzwyczajone do ,,bujania” na motorówce, miałem dużą przyjemność z możliwości przekazywania różnych informacji.

Max i dziewczyny były bardzo zadowolone, wszyscy dużo się nauczyli – takie było ogólne stwierdzenie i to mnie cieszy najbardziej.

Załoga z Estonii – dwie Heleny – zajęły doskonałe 3 miejsce.

to był początek, a ciąg dalszy może nastąpi 🙂 – zawsze do usług 🙂

pozdrowienia z Majd

W regatach tych wystartowałem na niemieckim jachcie OMEN, którego właścicielem był Thomas Friese,wspaniały człowiek.

Z Thomasem w Grecji, w tych regatach wyjątkowo ponownie byłem masztowym i 2 sternikiem. Dlaczego – wyjaśnię w następnej relacji dotyczącej IO w Savannah.

Tomas jako pierwszy w 1992 roku dał mi szansę żeglowania w międzynarodowej załodze swojego jachtu klasy 1 Tona. To tam przeszedłem ,,chrzest bojowy” współpracując z zawodowymi żeglarzami z Australii, Nowej Zelandii, USA i Anglii. Oprócz nauki wykonywania manewrów w kokpicie, miałem też możliwość popatrzenia jak prowadzi jacht Tom Dodson, doskonały nowozelandzki sternik. Było to wspaniałe doświadczenie, które ułatwiło mi drogę do bycia jednym z najszybszych sterników świata.

Jacht klasy 1 Tona – Thomas I Punkt na mistrzostwach świata w 1992 roku

 To był taki crash kurs i ,,odjazd” na wyższy poziom – poziom żeglarstwa zawodowego, które dopiero co,,zawitało” na jachtach niemieckich. W 1992 roku na mistrzostwach świata zajęliśmy 2 miejsce, podobnie było też w Grecji – 4 lata później. Zresztą z Thomasem to drugie miejsce jakoś nas prześladowało. W 1999 byliśmy 2 na mistrzostwach świata klasy Sydney 40, które odbyły się w Cowes na południu Anglii.

Ale były też zwycięstwa – rok 1999 mistrzostwo świata w klasie Mumm 36 oraz wygrane regaty Commodores Cup w Anglii w tej samej klasie, zwycięstwo w prestiżowych regatach Sardinias Cup oraz miejsce 2 i 3 w Admirals Cup.

@ Heinrich Hecht
Sardinia’s Cup 1994 tu byłem sternikiem jachtu OMEN kl. ILC 40 i moja mała kontuzja 🙂



Z Thomasem łączy nas wielka przyjaźń, nigdy nie zapomnę, że to on dał mi tę pierwszą szansę, że mi zaufał, że wierzył w moje umiejętności. To dzięki niemu wkroczyłem w wielki świat żeglarstwa zawodowego.

Mistrzostwa świata juniorów w klasie Nacra 15 – Marsylia 1999. Opiekowałem się z Thomasem jego synem Silasem

Niezapomniane chwile, choć nie zawsze było ,,miło i przyjemnie” – jak to w sporcie 🙂

pozdrowienia z Majd –

Wielkimi krokami zbliża się moment, w którym 30 lat temu Mateusz Kusznierewicz zdobył złoty medal na IO w Atlancie – Savannah a ja mu w tym sukcesie znacząco pomogłem. Wspominam wiele ciekawych faktów z tej kampanii olimpijskiej i całego tego sezonu, bo przecież ja już aktywnie startowałem na 46 stopowej Pincie Willy Illbrucka i ILC 40 Omen – Thomasa Friese.

ale najpierw kilka słów o zbliżającej się 40 rocznicy mojego wyjazdu do Niemiec, która była pokierowana wolą szukania ,,lepszej przyszłości” związanej z żeglarstwem. Taką mi zabrano w PRL-u, będąc uznanym za nierozwojowego i krnąbrnego przez ówczesnych działaczy PZŻ. Miałem wtedy 22 lata i na 470-tce ścigałem się sporadycznie z czołowymi zawodnikami na międzynarodowych regatach. Wtedy brakowało mi najwyższej klasy sprzętu, przede wszystkim dobrych żagli ale widać było światło w tunelu, byłem przekonany, że następny sezon będzie już przełomowy i że na stałe zagościmy w czołówce. Niestety po zakończeniu sezonu zabrano mi sprzęt, bez żadnych rozmów, bez podania powodów tej decyzji… Z niewiadomych dla mnie powodów – skoro bylem taki nierozwojowy – nadal byłem w kadrze bojerowej i finansowano moje starty, które zaowocowały 5 miejscem na mistrzstwach świata w USA i tytułem vice mistrza Europy w Szwecji. Chyba też ,,klepnąłem” po raz pierwszy tytuł mistrza Polski seniorów. Wczesną wiosną wspólnie z kilkoma kolegami ustaliliśmy, że wyjeżdżamy do Niemiec i spotykamy się latem w Leverkusen u siostry mojego załoganta, która mieszkała już tam na stałe.

Dokładnie w czerwcu – 40 lat temu – oczekiwałem z wielkim niepokojem i niecierpliwością, czy moja dziewczyna Iza, a obecna żona dostanie paszport. Zaproszenia dostaliśmy od mojej ciotki, bez nich w tamtych czasach nie było mowy o uzyskaniu tego najbardziej pożądanego dokumentu uprawniającego do wyjazdu ,,NA ZACHÓD” – ziemii obiecanej wielu Polaków Pamiętam jak dzisiaj tłum ludzi przed urzędem w Olsztynie i człowieka wyczytującego nazwiska ,, szczęśliwców”. To było nasze ,,kolejne podejście”. Duża niepewność, emocje, niepokój były wyrysowane na twarzach oczekujących i radość połączona z niedowierzaniem, wyciągnięta ręka w stronę człowieka wydającego paszport, pewny chwyt i łzy szczęścia, nie myśląc o tym, że najtrudniejsze lata przed nami…

Wiza z ambasady niemieckiej była już formalnością. Pod koniec czerwca z Niemiec przyjechał po nas mój kuzyn Waldek. Na dach Forda Fiesty zapakowaliśmy kadłub DN-a, płozownicę i dwie torby z naszym ,,całym ówczesnym dorobkiem”. I ruszyliśmy w podróż, która zmieniła całe nasze życie. Granicę przekroczyliśmy bez problemów, celnicy trochę dziwnie patrzyli na ten sprzęt na dachu ale machnęli ręką. Potem autosrada i za kilka godzin byliśmy w Hamm u moich wujków.

to czysty przypadek – albo i nie… że otworzyłem moją pierwszą książeczkę sportowo – lekarską, w której mój tata wpisał regaty, w których startowałem.

Pierwszy moje regaty o Puchar Gazety Olsztyńskiej w Mrągowie odbyły się w dniach 15-16.06.1971 a więc dokładnie 55 lat temu. Zająłem 4 miejsce na 4 :-), a moimi ,,rywalami” byli Andrzej Januszewski, Andrzej Michalczyk i Wojtek Nowicki. Pamiętam doskonale jak oni wspaniale ścigali się robiąc liczne zwroty na halsówce wykorzystując małe zmiany wiatru, gdy ja żeglowałem na ,,dwa halsy”. Na te regaty przyjechałem z Tałt, gdzie mieszkali moi rodzice. To tam po raz pierwszy ,,siadłem” na optymistkę w 1969, a później moim ,,sparingpartnerem” 😉 był mój młodszy brat Hubert.

Kupa czasu…. minęła od tamtego momentu, jest co wspominać.

Witam po kolejnej dłuższej przerwie w przekazywaniu informacji co u mnie słychać. Lato wygląda bardzo spokojnie, tzn. bez większych planów startowych. Żeglarska emerytura i czas na robienie tego, na co nie miałem czasu do tej pory. Mogę zdecydowanie stwierdzić, że trwająca od 1990 roku moja kariera żeglarza zawodowego była wspaniałą przygodą ale jednocześnie bardzo ciężkim chlebem i pozostawiła spore ,,rysy” w zdrowiu nie tylko fizycznym. Przez te 35 lat byłem w ekstremalnym kieracie, w którym presja na sukces dyktowała profesjonalne podejście do każdych regat i mało miejsca na błędy, które w sporcie wyczynowym nie są akceptowane. Wysokie oczekiwania sponsorów, właścicieli projektów a także moje i moich załóg wymusiły na mojej psychice odpowiedni sposób funkcjonowania. Rywalizując na najwyższym światowym poziomie, na różnej wielkości jachtów, z najlepszymi załogami na świecie nauczyłem się znosić porażki i świętować zwycięstwa. Zebrane doświadczenie jest bezcenne i z jednej strony trochę szkoda, że to ,,Wielkie Żeglarstwo” w pewnym sensie już się skończyło, z drugiej od kilku lat odczuwałem już potężne ,, zmęczenie materiału”.

Teraz powoli uczę się życia bez ścigania się, bez rywalizacji, co jest nie lada zadaniem. Trzeba nauczyć się robienia prostych codziennych rzeczy nie mając wyrzutów sumienia, że się marnuje czas, że jest się mało efektywnym, Całe szczęście pozostały mi bojery, gdzie jestem ,,sterem, żeglarzem i okrętem” i wszystkie decyzje podejmuję sam. No i oczywiście ponoszę ich konsekwencje :-). Mimo tego, że sezon regatowy trwa krótko, wymaga to tym bardziej odpowiedniego przygotowania sprzętu oraz formy fizycznej i dobrej logistyki. Cieszą mnie tegoroczne wyniki osiągnięte w wieku 63 lat, ale najważniejsza jest ten joy ze ścigania się. To dodaje sił do życia.

Pomyślałem sobie, że teraz sobie powspominam to co działo się 20 -30 lub nawet 40 lat temu. Dzięki temu odtworzę tę ,,moją drogę”. Sam jestem ciekaw jak to będzie wyglądało, i jaki będzie mój komentarz do tych wydarzeń pisany z perspektywy wielu lat, które minęły od tamtych wydarzeń.

Trudno będzie zachować ścisłą chronologię, będzie trochę spontanu, trochę faktów, które jeszcze nie widziały światła dziennego, będzie ciekawie.

Obiecuję, że popracuję nad większą systematycznością.

pozdrowienia z Majd