Rok 1996 był dla mnie bardzo intensywny. Próbująć odtworzyć teraz przebieg wydarzeń, łapię się za głowę i patrzę z niedowierzaniem na ten BIG YEAR.

Już w styczniu rozpocząłem od startów w Key West i Miami na 46 stopowej Pincie, która przypłynęła statkiem z Nowej Zelandii, gdzie została zbudowana. Na jesieni1995 roku po krótkich testach wystartowaliśmy w Air New Zealand Regatta w Auckland, które wygraliśmy. Zwyciężyliśmy również w tych dwóch prestiżowych regatach na Florydzie. Pamiętam dobrze naszą zaciętą walkę z amerykańskim jachtem Numbers sterowanym przez Russela Couttsa…

Po tych wyczerpujących startach zostałem w Miami na regatach klas olimpijskich, na których rozpocząłem współpracę z zawodnikami polskiej kadry olimpijskiej oraz ich trenerami. Było to dla mnie nowe wyzwanie i cieszyłem się, że będę mógł przekazać moje zdobyte doświadczenie.

Po ponad miesięcznym pobycie na Florydzie przyleciałem prosto do Wiednia na bojerowe mistrzostwa świata, które odbyły się na jeziorze Neusiedler.

Różnica temperatur około 40 stopni, pamiętam, że palce zamarzały mi po kilku sekundach i miałem duże problemy, aby ,,złożyć” bojer, który przywieźli mi moi koledzy. Dwie kurtki puchowe ledwo wystarczały, aby ogrzać moje nieprzyzwyczajone do mrozów ciało, do tego zmiana czasu… i start bez treningów na lodzie. To była walka nie tylko z rywalami na trasie…

Mimo to dorzuciłem do kolekcji mój kolejny tytuł mistrza świata i wicemistrza Europy.

Praktycznie już od połowy marca ,,opiekowałem” się przede wszystkim Mateuszem. Rozpoczęliśmy od zgrupowania i regat na Majorce, potem była Murcja i Hyeres.

Rozumieliśmy się dobrze, nie tylko z Mateuszem ale również z trenerami i zawodnikami innych klas. Wyjątkowo ,,dobrą chemię” miałem z Andrzejem Piaseckim i jego kadrą deskarzy oraz z Kajetanem Glinkiewiczem. Wspominam doskonałą atmosferę, partnerstwo i zrozumienie. Naszym celem było jak najlepsze przygotowanie się do IO w Savannah a nie…tylko mówienie o tym 😉

Pod koniec czerwca wystartowałem na Kieler Woche na PINCIE, która była tam ,,ochrzczona”. Była to piękna i zacna ceremonia. Po raz ostatni też tam ,, spotkałem się” z niektórymi olimpijczykami i trenerami przed ich wylotem do USA. Mój wyjazd na IO stał pod dużym znakiem zapytania. Z niewiadomych dla mnie przyczyn PZŻ zwlekał z potwierdzeniem mojego udziału, które uzyskałem dopiero na początku lipca, podczas mistrzostw świata klasy ILC 40 w Atenach.

W Grecji zajęliśmy doskonałe 2 miejsce, wygrała włoska Brava z Francesco de Angelisem za sterem, naszymi wiecznymi rywalami, bo przecież ścigaliśmy się przez kilka sezonów w klasie Jedna Tona (One Ton). To, że na tych mistrzostwach ,,wylądowałem” na maszcie i byłem drugim sternikiem wynikało z tego, że w tym terminie powinienem być już w Savannah. Mój udział w tym championacie był możliwy tylko dlatego, że miałem doskonałą relację z Thomasem. Żeglowałem z nim już od 1992 roku na jachtach klasy Jedna Tona, Mumm 36 i ILC 40. Jako żeglarz zawodowy musiałem dbać o zabezpiecznie mojej kariery, tzn. miejsce pracy a jako głowa rodziny o zabezpieczenie ,,ekonomiczne”.

Po powrocie z Aten, w domu praktycznie byłem może dzień, dwa, pojechałem co COS-u, pobrałem za PEŁNĄ opłatą torbę z ,,klamotami” i niedopasowanym garniturem.

Na IO poleciałem samolotem z reprezentacją Polski. Ówczesny prezez Ministerstwa Sportu siedzący z pierszym rzędzie jak mnie zobaczył, zapytał mnie po co tam lecę…. Odpowiedziałem mu krótko, PO MEDAL i poszedłem dalej… W Chicago wszyscy polecieli do Atlanty a ja… zostałem na lotnisku, bo nie było dla mnie biletu… Moja podróż skończyła się tam… nie wiem komu zależało na tym, kto nie dopilnował swoich obowiązków.

Zadzwoniłem do mojego przyjaciela Leszka, aby mnie odbebrał i przenocował. Kupiłem bilet i następnego dnia poleciałem do Savannah, gdzie od razu wziąłem się do pracy. Dni były długie, bo zaczynałem już o 6.30 ,,spotkaniem” z prognozą pogody, potem zaraz po śniadaniu jako pierwszy ruszałem auutobusem i ,,promem” na platformę, gdzie stały żaglówki. Dla każdej klasy przygotowywałem,, rozpiskę jazdy” biorąc pod uwagę prądy wodne i pp. Poźniej krótka odprawa z zawodnikami. Wracałem do klimatyzowanych pomieszczeń ok 19-20 – z temp. 40-45 stopni C i wilgotności 80-90%, a vice prezes T.H próbował mi wmówić, że mam zaszczyt uczestniczenia w IO. Tylko się uśmiechnąłem odpowiadając, że ja tu przyjechałem do ciężkiej pracy…która przełożyła się na wspaniały sukces. Mateusz zdobył złoto a Dorota Staszewska wywalczyła 5 miejsce.

Po powrocie ani dziękuję ani pocałuj mnie w d…  o sorry, PZŻ zaoferował mi kwotę 3000 PLN za całą kampanię… odmówiłem.

Nie miałem czasu się nad tym wszystkim zastanawiać. Zostało poczucie dobrze wykonanej pracy, czego nauczyłem się w domu i w klubie ,,BAZA” Mrągowo.

Zaraz po powrocie poleciałem na Majorkę, na prestiżowe regaty Copa del Rey, które wygraliśmy na Pincie po zaciętej walce z najlepszymi zespołami świata. Szczególnie pamiętam Petera Gilmoura z bardzo ,,ciasnych” i skomplikowanych sytuacji w fazie przedstartowej, z których wychodziliśmy ,,obronną ręką”. To był mój świat, mój wielki sezon, który się jeszcze nie skończył 🙂 ale o tym później.

pozdrowienia z Majd, gdzie odpoczywam po długoletniej karierze…

Ubiegły tydzień był zupełnie inny dla mnie. Przez pierwsze trzy dni miałem dużą przyjemność trenować na jeziorze Plusznym młodego i utalentowanego żeglarza na mało popularnej w Polsce klasie RS Aero 5, gdzie korzystaliśmy z doskonałej infrastruktury Mariny Pluski. Warunki wietrzne były idealne do zrealizowania obszernego programy treningowego. Intensywna praca, duży progres i mimo zmęczenia uśmiech na twarzy Maksa.

Kolejne 4 towarzyszyłem mojemu koledze Tomkowi Stańczykowi, który trenuje załogi z Estonii i Czech, startujące w olimpijskiej klasie 49 FX. W Gdyni odbywał się tzw. Test Event przed mistrzostwami świata, które odbędą się za rok. Będzie to już eliminacja do IO w Los Angeles.

Mimo tego, że ,,dni w biurze” były długie i wymagające ode mnie ciągłej koncentracji a ciało nie przyzwyczajone do ,,bujania” na motorówce, miałem dużą przyjemność z możliwości przekazywania różnych informacji.

Max i dziewczyny były bardzo zadowolone, wszyscy dużo się nauczyli – takie było ogólne stwierdzenie i to mnie cieszy najbardziej.

Załoga z Estonii – dwie Heleny – zajęły doskonałe 3 miejsce.

to był początek, a ciąg dalszy może nastąpi 🙂 – zawsze do usług 🙂

pozdrowienia z Majd

Wielkimi krokami zbliża się moment, w którym 30 lat temu Mateusz Kusznierewicz zdobył złoty medal na IO w Atlancie – Savannah a ja mu w tym sukcesie znacząco pomogłem. Wspominam wiele ciekawych faktów z tej kampanii olimpijskiej i całego tego sezonu, bo przecież ja już aktywnie startowałem na 46 stopowej Pincie Willy Illbrucka i ILC 40 Omen – Thomasa Friese.

ale najpierw kilka słów o zbliżającej się 40 rocznicy mojego wyjazdu do Niemiec, która była pokierowana wolą szukania ,,lepszej przyszłości” związanej z żeglarstwem. Taką mi zabrano w PRL-u, będąc uznanym za nierozwojowego i krnąbrnego przez ówczesnych działaczy PZŻ. Miałem wtedy 22 lata i na 470-tce ścigałem się sporadycznie z czołowymi zawodnikami na międzynarodowych regatach. Wtedy brakowało mi najwyższej klasy sprzętu, przede wszystkim dobrych żagli ale widać było światło w tunelu, byłem przekonany, że następny sezon będzie już przełomowy i że na stałe zagościmy w czołówce. Niestety po zakończeniu sezonu zabrano mi sprzęt, bez żadnych rozmów, bez podania powodów tej decyzji… Z niewiadomych dla mnie powodów – skoro bylem taki nierozwojowy – nadal byłem w kadrze bojerowej i finansowano moje starty, które zaowocowały 5 miejscem na mistrzstwach świata w USA i tytułem vice mistrza Europy w Szwecji. Chyba też ,,klepnąłem” po raz pierwszy tytuł mistrza Polski seniorów. Wczesną wiosną wspólnie z kilkoma kolegami ustaliliśmy, że wyjeżdżamy do Niemiec i spotykamy się latem w Leverkusen u siostry mojego załoganta, która mieszkała już tam na stałe.

Dokładnie w czerwcu – 40 lat temu – oczekiwałem z wielkim niepokojem i niecierpliwością, czy moja dziewczyna Iza, a obecna żona dostanie paszport. Zaproszenia dostaliśmy od mojej ciotki, bez nich w tamtych czasach nie było mowy o uzyskaniu tego najbardziej pożądanego dokumentu uprawniającego do wyjazdu ,,NA ZACHÓD” – ziemii obiecanej wielu Polaków Pamiętam jak dzisiaj tłum ludzi przed urzędem w Olsztynie i człowieka wyczytującego nazwiska ,, szczęśliwców”. To było nasze ,,kolejne podejście”. Duża niepewność, emocje, niepokój były wyrysowane na twarzach oczekujących i radość połączona z niedowierzaniem, wyciągnięta ręka w stronę człowieka wydającego paszport, pewny chwyt i łzy szczęścia, nie myśląc o tym, że najtrudniejsze lata przed nami…

Wiza z ambasady niemieckiej była już formalnością. Pod koniec czerwca z Niemiec przyjechał po nas mój kuzyn Waldek. Na dach Forda Fiesty zapakowaliśmy kadłub DN-a, płozownicę i dwie torby z naszym ,,całym ówczesnym dorobkiem”. I ruszyliśmy w podróż, która zmieniła całe nasze życie. Granicę przekroczyliśmy bez problemów, celnicy trochę dziwnie patrzyli na ten sprzęt na dachu ale machnęli ręką. Potem autosrada i za kilka godzin byliśmy w Hamm u moich wujków.