Wywiad z Krzysztofem Siemieńskim

Dziesięć razy był mistrzem świata w bojerach. Od kilkudziesięciu lat żegluje na najszybszych jachtach, w najlepszych na świecie regatowych teamach. Jest dobrym znajomym koronowanych głów. W żeglarstwie osiągnął tyle, że można by jego sukcesami obdzielić kilkunastu zawodników. Karol Jabłoński – Czarodziej wiatru.

W rozmowie z Krzysztofem Siemieńskim opowiada o swojej determinacji w dążeniu do celu i tajnikach regatowej kuchni.

Krzysztof Siemieński: Jakie cechy powinien mieć regatowy żeglarz, żeby mógł marzyć o tym, by przynajmniej zbliżyć się do Twoich osiągnięć?

Karol Jabłoński: Kariera żeglarska może trwać wiele lat. Jestem tego najlepszym przykładem. Wiele lat temu nie spodziewałem się, że nawet teraz, w moim wieku, będę mógł kontynuować uprawianie żeglarstwa na tak wysokim poziomie. Tak samo moi koledzy, którzy ścigają się na wielkich jachtach – jest to dla nas pewne zaskoczenie. Jeżeli chodzi o predyspozycje… Wygląda to podobnie jak w każdym sporcie. Trzeba mieć trochę talentu i poprzeć go długą i ciężką pracą. Być bardziej cierpliwym od innych , wyznaczać sobie cele, konsekwentnie je realizować i starać się nie za szybko zrobić z siebie mistrza, bo niestety droga do mistrzostwa jest długa, kręta i stroma. Często się z niej spada i trzeba mieć siłę, żeby na nią wrócić i osiągnąć cel. To jest przygoda na całe życie i często powtarzam, że ci, którzy ją rozpoczynają, już są po stronie wygranych. Żeglarstwo uczy życia i rozwiązywania trudnych sytuacji. Te umiejętności przydają się w późniejszym życiu.

KS: Żeglarstwo to dla Ciebie coś więcej niż sport? To sposób na życie?

KJ: Żeglarstwo jest pięknym sportem. Podróżujemy po całym świecie, spotykamy bardzo ciekawych ludzi z pierwszych stron gazet. Spotykamy monarchów, osobistości, których nigdy byśmy nie mogli poznać, gdybyśmy tego sportu nie uprawiali. Nawet najmłodsi zawodnicy żeglują po całej Europie i każdy im tego zazdrości. Można żeglować po całym świecie – jest to wspaniała przygoda, którą warto zacząć, kontynuować i uprawiać przez całe życie. Ja miałem wielką przyjemność poznać dwóch monarchów – króla Norwegii Haralda i króla Hiszpanii Juana Carlosa. Są to normalni ludzie, nie mają koron na głowie. Miałem też możliwość żeglowania z obecnym królem Hiszpanii , wtedy jeszcze księciem, Filipem. Spotkałem też wielu słynnych sportowców: kierowców Formuły 1, tenisistów, golfistów. Są to ludzie, którzy bardzo często uczestniczą w regatach jako obserwatorzy. Naprawdę jest to szczególne przeżycie. Wracając jeszcze do królów, to nigdy nie zapomnę spotkania w Yachtklubie na Majorce, gdzie rozmawialiśmy na temat przyszłości klasy ILC 40 – byłem wtedy skiperem jachtu MK Cafe. Było nas tylko sześciu, dwóch królów i czterech skiperów innych załóg. Było to szczególne spotkanie.

KS: Języków obcych nauczyłeś się też dzięki żeglarstwu?

KJ: Żeglarstwo, tak jak każdy inny sport, poprzez podróże i możliwość obcowania z zawodnikami z całego świata, wymusza na nas umiejętność posługiwania się ich językiem, bo mało prawdopodobne jest to, że Nowozelandczyk, czy Amerykanin nauczy się polskiego, aby się z nami komunikować. Musimy nauczyć się angielskiego, który jest podstawowym językiem w żeglarstwie. Nie jest to trudna sprawa, aczkolwiek trzeba poznać różne dialekty i akcenty. Także sposób nazywania poszczególnych części jachtu, na przykład takielunku, przez zawodników z Australii, Nowej Zelandii, Irlandii, czy Stanów Zjednoczonych różni się znacznie i trzeba sporo czasu poświęcić, żeby to używane przez nich specyficzne słownictwo zrozumieć. To wymaga trochę czasu, ale to nie jest nic trudnego. Posługuję się także innymi językami: niemieckim, rosyjskim i hiszpańskim. W ciągu wielu lat żeglowania nauczyłem się ich na tyle dobrze, że rozmawiam bez tłumaczy.

KS: Żeglarstwo wyczynowe wymaga wielu wyrzeczeń. Jakie miałeś „koszty uzyskania” swoich sukcesów?

KJ: Sport zawodowy, obojętnie, czy to jest żeglarstwo, kolarstwo, boks, czy piłka nożna – to jest olbrzymie poświęcenie, jeżeli chodzi o życie prywatne. Żeglarze, wiadomo, dużo podróżują. Ja w swoich najlepszych, najbardziej intensywnych latach żeglowałem przez 250-300 dni w ciągu roku. Tyle dni mnie nie było w domu. To ma duży wpływ na życie rodzinne i prywatne. To jest duży test dla życia rodzinnego i trzeba sporo się nagimnastykować, żeby to wszystko spiąć. Miałem szczęście, że w swoim życiu poznałem wspaniałą kobietę, która jest ze mną od ponad 30 lat i zajęła się rodziną. Swoje ambicje, swoje plany przesunęła w czasie i zrealizowała je później. To co ona zrobiła dla mnie, dla nas, jest mistrzostwem świata. Życzę każdemu, żeby jego żona w taki sposób podchodziła do związku z żeglarzem, z zawodnikiem, który często wyjeżdża. Nie jest to łatwe – mieliśmy sporo sytuacji, w których trzeba było szukać kompromisu, trzeba było się jakoś dogadać – ale się udało.


Fot. archiwum K. Jabłońskiego

KS: Słyniesz z tego, że na jachcie jesteś bardzo skoncentrowany i wymagasz tego również od załogi. Krążą legendy o tym, w jaki sposób motywujesz załogantów.

KJ: Jestem człowiekiem, który wszystko co robi, stara się robić na sto procent i wymagam tego też od mojej załogi, szczególnie w czasie treningów, podczas których uczymy się wielu nowych elementów. Nie mam problemu na jachtach z załogami międzynarodowymi, gdzie wszyscy wiedzą na czym polega profesjonalne podejście do sportu. U nas jest trochę inaczej, w Rosji też jest trochę inaczej , być może chodzi o naszą słowiańską mentalność. Jeżeli ktoś wchodzi na jacht z takim profesjonalnym jak moje podejściem, to dla niektórych załogantów może to być szokiem. Ale jest to jedyna droga do osiągnięcia sukcesu. Nie oszukujmy się , sport zawodowy na najwyższym poziomie nie lubi kompromisów. Te kompromisy, niedopracowania będą weryfikowane podczas rywalizacji, a ja nie mam złudzeń, mnie sponsorzy rozliczają z wyników. Kiedy ich nie osiągam, to jestem bardzo niezadowolony. Każdy start, każdy wyścig dokładnie analizuję , po to, żeby w następnym być lepszym.

KS: W książce „Czarodziej wiatru” można przeczytać, że brak koncentracji grozi nie tylko słabszym wynikiem w regatach.

KJ: Brak koncentracji może spowodować przykre wypadki. Nie oszukujmy się, jest to sport zawodowy, w którym – zawsze to mówię – załoga musi pracować jak w szwajcarskim zegarku i zarówno te małe tryby, jak i te duże muszą się poruszać w odpowiednim tempie, z odpowiednią szybkością, tak żeby ten mechanizm funkcjonował, żeby te wszystkie manewry wychodziły. Trzeba pamiętać, że żeglarstwo to sport, w którym wszyscy mają do rozwiązania jakieś problemy. Czyli im szybciej my uporamy się z jakimiś problemami , zrobimy mniej błędów niż nasz rywal, tym większe prawdopodobieństwo, że te wyścigi wygramy. Ale to nie jest też tak, że kiedy my wygramy wyścig, to znaczy , że rozegraliśmy go perfekcyjnie, to rzadko się zdarza.

Wracając do niebezpieczeństw, jeżeli coś nam się zacina w tych trybach, to sytuacja może nam się wyrwać spod kontroli. Przeżyłem taką sytuację raz. Wypadłem za burtę i o mało nie straciłem nogi i życia. Wiem, że wielu moich kolegów było w podobnych sytuacjach i znam przyczynę takich wypadków. Dlatego podczas treningów staramy się tak wszystko dopracować, aby takich wypadków uniknąć. Jestem też taktykiem na bardzo dużym jachcie, mówię tu o jachtach, które mają powyżej 30, 50 metrów, z załogą 20, 30-osobową, gdzie powierzchnie żagli są olbrzymie – 1800m2 ma genaker, maszt około 80 metrów, powierzchnia żagli na wiatr to jest 2000 m2. Kiedyś na jachcie Hetairos postawiliśmy wszystkie żagle i ich powierzchnia wynosiła 3 800 metrów. Proszę sobie wyobrazić, że mam tam załogę 35-osobową i muszę tak zakomunikować manewry, które zaraz będziemy wykonywać, żeby nigdy, w najmniejszym stopniu nie kreować niebezpiecznych i ryzykownych sytuacji. Już samo wykonywanie na tym jachcie zwykłych zwrotów przez rufę, stawianie Code 0, czy nawet zwyczajny zwrot przez sztag jest na tyle niebezpieczne, że jeżeli ktoś znajdzie się na drodze jakiejś liny , jakiegoś szota czy bloczka, to się bardzo źle może skończyć. Dlatego wieloletnie doświadczenie, chłodne wykalkulowanie i właściwa ocena sytuacji – to jest zawsze klucz do sukcesu. Zawsze kiedy wypływamy na wyścig, to naszym pierwszym pierwszy celem jest, żeby wszyscy po wyścigu wrócili zdrowi do portu, ze wszystkimi palcami u rąk.

KS: Co pomyślałeś, kiedy po raz pierwszy zaproponowano Ci udział w najbardziej prestiżowych regatach, Pucharze Ameryki?

KJ: Moja droga do Pucharu Ameryki była długa i kręta. Wiedziałem, że jedyną możliwością dla mnie jest droga przez sukcesy w match-racingu, które z moją załogą osiągnęliśmy w tempie błyskawicznym. Kiedy dostałem propozycję z teamu hiszpańskiego, praktycznie jedną nogą już miałem podpisane kontrakty z teamem Plus 39 z Włoch. Udało mi się z tego jakoś wyjść i faktem jest, że ta propozycja była taką propozycją, na którą bardzo ciężko pracowałem, której oczekiwałem i która przyszła, nie to, że nieoczekiwanie, ponieważ w teamie Desafio Espanol pracował jako dyrektor sportowy mój kolega z Nowej Zelandii, z którym znałem się wiele lat, z którym żeglowaliśmy na wielu jachtach i wygrywaliśmy mistrzostwa świata i wiele innych regat, tak więc wiedziałem, że jeśli taka sytuacja się pojawi, to on będzie starał się mnie ściągnąć. Nie dlatego, że mnie zna, tylko dlatego, że znał moje walory i możliwości. Dlatego wiedziałem, że to może kiedyś nadejść i … tak się wydarzyło. Niestety, nie udało mi się wziąć do hiszpańskiego teamu moich załogantów, z którymi świętowałem największe sukcesy w regatach match-racingowych, ale oni znaleźli miejsce w teamach włoskim i chińskim. To było coś wspaniałego, że udało nam się osiągnąć ten cel, który sobie postawiliśmy wiele lat wcześniej.

KS: Do wszystkiego dochodziłeś swoją ciężką pracą, ale czasami chyba ktoś Ci też pomagał?

KJ: Jest wielu ludzi, którym wiele zawdzięczam: są to moi rodzice, trenerzy z Bazy Mrągowo, po drodze było wielu innych trenerów. Także w Niemczech spotkałem wielu ludzi, którzy mi pomogli, ale i w Polsce , choćby starsi ode mnie bojerowcy jak Bogdan Kramer, czy Piotr Burczyński . Faktem jednak jest, że gdybym ja sam sobie nie pomógł, nie wyznaczał tej drogi, strategii, gdybym nie pomógł temu szczęściu, żeby się znaleźć we właściwym momencie i właściwym miejscu, to podejrzewam, że nie zaszedłbym tak daleko. Pracowałem naprawdę ciężko i zawsze mierzyłem siły na zamiary, co było bardzo dobrą strategią. Nigdy nie przyjmowałem wyzwań, czy zadań, na które nie byłem gotowy. Już wcześniej miałem powody, żeby uwierzyć w swoją świetność i podjąć się zadań, do których nie byłem przygotowany, ale mogłoby się to skończyć tym, że moja kariera zakończyłaby się dużo wcześniej, bo spadłbym z bardzo wysokiego konia i już bym się nie podniósł.


Mistrzostwa Świata w Haapsalu 2013 (fot. archiwum K. Jabłońskiego)

KS: Jak smakował pierwszy, a jak dziesiąty tytuł Mistrza Świata w bojerach?

KJ: Każdy tytuł Mistrza Świata ma inny smak. Ten pierwszy w bojerach był takim, do którego dążyłem długo, a zdobyłem go , mając 30 lat. To było coś szczególnego. Nigdy nie zapomnę przebiegu tej rywalizacji . Miałem kolizję, chyba w trzecim wyścigu, z zawodnikiem rosyjskim. Mój bojer rozsypał się, ale miałem na linii startu mój drugi bojer, zapasowy. W porę zjechałem do linii startu, przygotowałem ten mój drugi bojer i mogłem nadal brać udział w regatach. Gdybym tego drugiego bojera nie miał na linii startu, to bym tego tytułu nie zdobył. A dziesiąty tytuł Mistrza Świata, to… Raz – że ta liczba jest już taka magiczna. Nigdy nie wydawało mi się, że będzie to możliwe do osiągnięcia, tym bardziej w tym roku, kiedy jestem już zawodnikiem trochę starszym. W tym roku w Szwecji to były takie pierwsze mistrzostwa, gdzie faktycznie nie żeglowałem szybciej od innych. Tak się złożyło, że pożeglowałem trzy ostatnie wyścigi w miarę dobrze, zrobiłem mniej błędów od rywali, wykorzystałem to, co mogłem wykorzystać i się okazało, że te mistrzostwa wygrałem. Ale ten smak też był zupełnie inny i teraz czas na walkę o 11 tytuł. Już zapowiedziałem sobie, że polecę do Stanów po to, żeby bronić tego tytułu i zobaczymy co będzie.

 

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Wywiad dla WP.PL

Karol Jabłoński: Mamy najlepszy system szkolenia na świecie

- W Polsce mamy najlepszy na świecie system szkolenia dzieci i młodzieży – mówi Karol Jabłoński o żeglarstwie lodowym czyli o bojerach (klasa DN), w których zdobył dziesięć złotych medali mistrzostw świata.
Maciej Frąckiewicz

Maciej Frąckiewicz30 Października 2016, 10:59
Materiały prasowe / Marek Karbowski / Karol Jabłoński na bojerze z numerem 36

Karol Jabłoński jest dziesięciokrotnym mistrzem świata (ostatni tytuł zdobył w styczniu 2016 roku) oraz czterokrotnym wicemistrzem globu w żeglarstwie lodowym w klasie DN. Siedem razy cieszył się również ze złotego medalu mistrzostw Europy. 54-latek ma na koncie także sukcesy w żeglarstwie morskim i jest jedynym Polakiem, który stał za sterem jachtu rywalizującego w regatach o Puchar Ameryki, najbardziej prestiżowego trofeum w żeglarstwie, doprowadzając hiszpański zespół do półfinałów. Od trzydziestu lat jest żeglarzem zawodowym i odnosi sukcesy na różnych jachtach w regatach na całym świecie. Jest najbardziej utytułowanym polskim żeglarzem. W lipcu miała premierę poświęcona mu książka „Czarodziej wiatru”.

 

 

 

WP SportoweFakty: Jak radzi pan sobie z utrzymywaniem formy, bo wiadomo, że i im człowiek starszy, tym trudniej o dobrą kondycję i dyspozycję fizyczną? Na bojerach wychodzi to panu bardzo dobrze.


Karol Jabłoński:
W każdym sporcie odpowiednia sprawność fizyczna jest konieczna do osiągania dobrych wyników. Specyfika żeglarstwa które ja uprawiam od trzydziestu lat jest nadal mało znana w Polsce, gdzie mój sport uważany jest za ekskluzywny bądź kojarzony z piękną pogodą, małymi falami i trzymaniem piwa albo szklanki rumu w ręku. A w rzeczywistości jest to bardzo trudny kawałek chleba. Żeglarstwo jest sportem bardzo wyczerpującym, wymaga twardości charakteru, umiejętności pracy w zespole i dużej odporności na stres sportowy. Dobra forma fizyczna pomaga dłużej zachować możliwość odpowiedniego reagowania na zmieniające się sytuacje podczas wyścigu. Prawdą jest, że z wiekiem treningi są bardziej wyczerpujące i utrzymanie dobrej formy jest trudniejsze, ale nie wolno się poddawać. Bez dobrego przygotowania fizycznego nie byłbym w stanie wykonywać odpowiednio swojej pracy. Bycie na topie od 30 lat kosztowało mnie sporo energii, ale jednocześnie nauczyło samodyscypliny i konsekwencji w tym co robię. Wiem, że im dłużej będę zdrowy i będę utrzymywał dobrą formę fizyczną, tym dłużej będę w stanie aktywnie żeglować i rywalizować na wysokim poziomie. Nie ukrywam, że odczuwam już pewne zmęczenie, ale ja ten sport kocham i jest on praktycznie od zawsze częścią mojego życia. Nie zamierzam już teraz spocząć na laurach.

Pana żona wspomniała w książce, że bojery są sportem skazanym na wyginięcie. Czy rzeczywiście to wygląda tak źle?

- Moja żona ma bardzo sceptyczne podejście do tego, ponieważ doskonale wie, ile czasu obecnie kosztuje nas znalezienie dobrego akwenu, dojazd na miejsce regat lub treningi. Ona wie najlepiej ile czasu poświęcam na przygotowanie sprzętu i trening przed sezonem i jak rzadko jestem w domu, gdy zaczynamy cykl regat. Faktem jest, że w ostatnich latach pogoda zimą nas nie rozpieszcza, nie jest już taka, jaka była kiedyś. Ale dotyczy to nie tylko nas, bojerowców. Nawet jak obserwuje się skoki narciarskie, trzeba stwierdzić, że ilość konkursów odwoływanych z powodu złej pogody jest dużo większa niż kilka lat temu. Tak samo jeśli chodzi o biegi narciarskie czy narciarstwo alpejskie, gdzie także narzekają na brak śniegu. Kiedyś zimy były dłuższe i znacznie zimniejsze, a lód był bardzo gruby. Pamiętam, jak na Mazurach żeglowaliśmy od połowy grudnia do połowy kwietnia. Teraz już takich mrozów nie ma, przez co sezon jest dużo krótszy, ale jednocześnie bardziej intensywny, skompresowany. Jednak mamy szybkie samochody i przyzwyczailiśmy się do pokonywania setek kilometrów. Poza tym są dokładniejsze prognozy pogody, dzięki czemu wiemy, gdzie możemy pojechać, żeby efektywnie pożeglować na lodzie.

Czy ciężko jest zainteresować młodych bojerami?

- Jest widoczna zmiana w społeczeństwie. Obecnie większość młodzieży garnie się dużo mniej do sportu niż my kiedyś. To jest ogólny trend, bez znaczenia czy jest to piłka nożna, siatkówka, bojery czy inny sport. A bojery nie są sportem lekkim ani łatwym. To sport ekstremalny, który kształtuje charakter, uczy poznawać granice wytrzymałości ciała. Jest to sport niezwykle piękny i ci, którzy raz go spróbują, praktycznie uprawiają go do późnych lat. W różnych klubach na terenie całej Polski funkcjonują sekcje bojerowe. Są prężne kluby, które szkolą dzieci od 9 roku życia i robią to na dużo mniejszych bojerach z żaglami od Optimista. Rozgrywane są nawet mistrzostwa świata i Europy, na których nasi reprezentanci zdobywają medale. Kiedyś tego nie było, ja w wieku 14 lat zaczynałem od razu od DN-a, co nie było łatwe. My w Polsce mamy się czym chwalić, bo stworzyliśmy najlepszy na świecie system szkolenia dzieci i młodzieży. Mamy też największą liczbę młodzieży, która aktywnie uprawia ten sport. Zazdroszczą nam tego bojerowcy z innych krajów.

Często słyszę od członków reprezentacji olimpijskiej, że żeglarstwo uczy życia i współpracy.

Zawsze powtarzam, że żeglarstwo jest najlepszą szkołą życia. Tu uczy się pracy w zespole, wzajemnej pomocy i odpowiedzialności, rozwiązywania problemów oraz kreatywności. Te umiejętności pomagają uporać się z problemami życia codziennego. Żeglarstwa powinien nauczyć się każdy tak jak jazdy na rowerze czy pływania. Połączenie swojego życia z żeglarstwem jest wspaniałą przygodą na całe życie i nie musi to być wcale sport wyczynowy.

 

 

Wspominał pan w książce, że szczęście w osiągnięciu sportowego sukcesu w żeglarstwie to przedział między 2 a 5 procent. Czy naprawdę jest to aż tak mało?

Rywalizacja w żeglarstwie jest dużo trudniejsza niż w innych dyscyplinach sportu, ponieważ prawie każdemu trafi się tak zwana „dziura” wiatrowa, ewentualnie falstart lub awaria sprzętu. Z tego powodu w przeprowadzanych regatach jest większa liczba wyścigów, zazwyczaj dziewięć czy dwanaście lub więcej a nie tyko jeden. To znacznie eliminuje element szczęścia, mający wpływ na wynik końcowy. Zawsze powtarzam, że szczęście sprzyja lepszym.

Karol Jabłoński (trzeci z lewej) za sterem hiszpańskiego jachtu Desafio Espanol podczas regat o Puchar Ameryki (Fot. Nico Martinez)Karol Jabłoński (trzeci z lewej) za sterem hiszpańskiego jachtu Desafio Espanol podczas regat o Puchar Ameryki (Fot. Nico Martinez)

Jest pan jedynym Polakiem, który sterował jachtem podczas regat o Puchar Ameryki. Czy według pana jest obecnie ktoś z naszych rodaków, kto byłby w stanie być takim sternikiem?

Żeby być sternikiem w Pucharze Ameryki, trzeba mieć potężne umiejętności. To nie jest tak, że ktoś sobie spróbuje, bo ma na to ochotę. Trzeba być jednym z najlepszych na świecie, żeby znaleźć się w kręgu zainteresowań tych teamów, które wystawiają swoje reprezentacje na te regaty. Odpowiadając na pytanie, w obecnej sytuacji w Polsce jest to mało realne. Najlepszą drogą byłoby to, gdyby w tych regatach wystartował polski team. Wtedy z dużą pewnością można by było wyselekcjonować utalentowanych polskich żeglarzy, a mamy ich wielu. W takiej załodze, wspartej żeglarzami z zagranicy sternikiem mógłby zostać Polak. Inaczej takiej możliwości na razie nie widzę. Ilość zespołów biorących udział w tych regatach można praktycznie policzyć na palcach jednej ręki, a budżety sięgają kilkuset milionów dolarów nie wspominając o niesamowitym wyścigu technologicznym. Nie lubię „gdybać”, ale gdyby udało się zabezpieczyć odpowiednie finansowanie takiego projektu, w którym utalentowanym żeglarzom umożliwiłoby się przygotowania do startu w regatach o Pucharu Ameryki, to na pewno taka załoga miałaby duże szanse na sukces. W latach 2001-2002 wystartowaliśmy z takim projektem, ale ostatecznie nie powiodło się, ponieważ zabrakło finansowania.

Ja zawsze pojmowałem Puchar Ameryki jako najcenniejsze żeglarskie trofeum na świecie.

Naturalnie jest to najcenniejsze i najbardziej prestiżowe trofeum żeglarskie. Już sam start w Pucharze Ameryki jest celem dla wielu żeglarzy, ale niewielu go osiąga. Dla mnie na początku to było marzenie, które z czasem zamieniło się w cel, który chciałem osiągnąć. Jeżeli się tam dotarło, to można powiedzieć, że znalazło się w światowej elicie żeglarzy, a to jest już najwyższa półka.

A gdzie ustawiłby pan w hierarchii żeglarskich zawodów okołoziemskie Volvo Ocean Race?

To są regaty o innej specyfice niż Puchar Ameryki. Volvo Ocean Race to oceaniczne regaty dookoła globu podzielone na kilka etapów. Inne jachty, inna charakterystyka wyścigów. Puchar Ameryki można porównać do samochodowych wyścigów Formuły 1, a Volvo Ocean Race porównałbym do Rajdu Dakar. Mnie bardziej pasjonuje Formuła 1, zarówno na wodzie jak i na lądzie.

Rozmawiał Maciej Frąckiewicz

 

Karol Jabłoński z pucharami za sukcesy w żeglarstwie lodowym na bojerach.Karol Jabłoński z pucharami za sukcesy w żeglarstwie lodowym na bojerach.

 

 

 

 

 

 


Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Czarodziej Wiatru – Targi w Krakowie, Zapraszam serdecznie

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

J 70 Bodensee Battle nr 5 – Ueberlingen,

 

W piątek po 7 godzinnym locie o 7.00 rano wylądowałem w Duesseldorfie i prosto z lotniska pojechałem z Pitem, właścicielem jachtu J 70 do Ueberlingen. O 14 byliśmy na miejscu i po szybkim lunchu zeszliśmy na wodę na 3 godzinny trening. Wiatr wiał słabo, ale też taka prognoza była na najbliższe dni. Pit ostatni raz żeglował pod koniec czerwca w Kilonii, gdzie na Mistrzostwach Europy zdobyliśmy doskonałe 11 miejsce.  Upłynęło więc sporo czasu i trzeba było intensywnie popracować nad jego sposobem sterowania i nad manewrami załogi.

W regatach wzięło udział 21 teamów, w tym  załoga, która przed dwoma tygodniami wygrała Champions Ligę w Porto Cervo.  Komisja regatowa miała duże problemy ze sprawnym przeprowadzeniem wyścigów, ponieważ ,,szkwały’’ przychodziły  zazwyczaj na 15 – 20 minut ze zmianami w kierunku dochodzącym do 40 stopni. Nie ukrywam, że takie warunki są stresujące dla nas wszystkich, bo sytuacja wiatrowa zmienia się jak  kalejdoskopie. Wymagają one bardzo dużej koncentracji, odpowiedniego reagowania i zachowania spokoju oraz odrobiny szczęścia.

We wszystkich wyścigach mieliśmy bardzo dobre starty i żeglowaliśmy poprawnie taktycznie i technicznie. Niestety w dwóch kiedy prowadziliśmy z dużą przewagą – za dużą, by kontrolować rywali, na kursie pełnym, w niewielkiej odległości od dolnego znaku,  wiatr zupełnie przestał wiać, nasz genaker wisiał a ,,zaparkował  i nie pozostało nam nic innego jak ze spokojem patrzeć na inne jachty zbliżające się do nas z  dużą szybkością.  W takiej sytuacji nie ma szansy na skuteczną obronę. W sumie rozegraliśmy tylko 5 wyścigów i tylko jeden nie był skrócony….

W generalnej punktacji rocznej po 5 regatach zajęliśmy doskonałe 3 miejsce.  Wyprzedziliśmy wiele innych ,,młodszych’’ zespołów, które regularnie trenują i startują w tzw. Bundeslidze.   To były nasze ostatnie regaty w tym sezonie a co przyniesie następny, zobaczymy. Pit zamierza kupić Swana 42, który będzie wymagał dużych optymalizacji technicznych. To zajmie nam sporo czasu.

Teraz jestem w drodze powrotnej do domu. ,, Testuję’’ przelot bezpośredni z Monachium do Szyman, lotniska oddalonego o niecałą godzinę jazdy  ,,Szynobusem’’ – bo tak nazwano pociąg bezpośredni do Olsztyna. 9 osób w sporym samolocie, dużo przestrzeni i komfort prawie jak w prywatnych jetach, którymi miałem przyjemność latać z właścicielami jachtów, z którymi żeglowałem. Ciekaw jestem jak długo to połączenie będzie funkconować przy tak małej liczbie pasażerów,

Najwyższy czas na krótki odpoczynek, do domu na kilka dni przyleciała Paola, która na stałe od wielu lat mieszka w hiszpańskiej Pampelunie, gdzie skończyła studia a teraz pracuje w prywatnej klinice onkologicznej. Cieszę się, że spędzimy  najbliższy czas w ,,komplecie’’.

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Melges 32 worlds – przed i ostatni dzień

W sobotę  ponownie rozegraliśmy 3 wyścigi przy bardzo silnym wietrze, niskiej temperaturze i w deszczu padającym cały dzień. Finiszowaliśmy na 7 , 4 i 9 miejscu po  dobrej żegludze ale kilka razy zabrakło nam odrobinę dystansu, dosłownie jedną długość jachtu aby w decydujących momentach przy okrążaniu znaków być o kilka pozycji bardziej z przodu. Niestety takie są  brutalne realia w klasie Melges 32 gdzie  każdy metr się liczy i nikt nie odpuszcza ani na chwilę. Wyścigi trwają około godziny, po finiszu dopiero jest czas na złapanie głębszego oddechu, wypicie wody i zjedzenie  batona energetycznego. Kolejny start jest zazwyczaj  za około 20 minut…

A dzisiaj w niedzielę już przy dużo słabszym wietrze, ale za to bardzo zmiennym w kierunku pożeglowaliśmy dwa ostatnie wyścigi mistrzostw, które zakończyliśmy na 8 miejscu. W pierwszym, po dobrym starcie  niestety  byliśmy za wolni i zostaliśmy zmuszeni do zrobienia  zwrotu i ,,zostaliśmy’’ w środku trasy bo prawa i lewa strona ,,wydała’’. Na odrobienie strat nie było szans, na mecie byliśmy blisko naszych rywali, a miejsce 10 było nie zadawalające. Ale czasami tak szybko się tu dzieje…

Za to  w ostatnim wyścigu przekroczyliśmy linię mety na 3 miejscu, co podkreśliło, że ,,potrafimy’’ żeglować w czołówce.  Mistrzostwa te zgromadziły na starcie creme dela creme żeglarstwa światowego, Terry Hatchinson, Mark Mendenblatt, Vasco Vascotto, Tom Slingsby, Taylor Canfield, Cameron Appleton. To nazwiska taktyków a trudno by wyliczyć wielu utytułowanych trymerów i innych członków załóg.

Całe mistrzostwa były bardzo wyczerpujące i tak prawdę mówiąc dobrze, że się już skończyły. Nasz start oceniam bardzo pozytywnie, bo zrobiliśmy jako team bardzo duże postępy w porównaniu z ostatnimi regatami. Najbardziej cieszy fakt, że zmniejszyliśmy dystans punktowy do naszych rywali, że mieliśmy kilka dobrych wyścigów a jeden nawet wygraliśmy i to w ekstremalnych warunkach. To były ostatnie regaty tego sezonu na Melgesie 32, jacht teraz zostanie przetransportowany do Europy, gdzie w następnym sezonie wystartuje w 5 regatach.

Do środy pomagam w pakowaniu jachtu, potem odwiedzam mojego dobrego kolegę Jeffa Kenta w Bostonie, który zbudował nowe maszty do Dn-a, a w czwartek wieczorem lecę już do domu, ale po drodze zatrzymuję się jeszcze na weekendowe regaty w klasie J 70 w Ueberlingen nad jeziorem Bodeńskim.

Pozdrawiam z Newport

 

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Melges 32 worlds dzień 2

Dziś powrót do rzeczywistości, trochę bolesny bo w rozegranych 3 wyścigach przy silnym wietrze, deszczu i niskiej temperaturze żeglowaliśmy poprawnie, ale w dwóch ostatnich zostaliśmy ,, przemaglowani’’ w ciasnych sytuacjach na górnym i dolnym znaku.  Czasami nie ma się na to żadnego wpływu w tej bardzo wyrównanej klasie, gdzie jachty żeglują bardzo blisko siebie a sytuacje zmieniają się jak w kalejdoskopie i trudno jest przewidzieć co się wydarzy. Moje zadanie jest jeszcze bardziej skomplikowane, ponieważ Christian żegluje dopiero pierwszy sezon na Melgesie 32 i mimo tego, że zrobił ogromne postępy to jeszcze brakuje mu doświadczenia takich sytuacjach. Ja nie zawsze mam czas i możliwość wszystko mu odpowiednio wcześnie zakomunikować.

Miejsca 4,10 i 9 przesunęły nas na 6 pozycję w klasyfikacji generalnej, co dla nas i tak jest bardzo dobrym wynikiem. To dopiero połowa mistrzostw i jeszcze sporo może się zmienić.  Mam nadzieję, że jutro pożeglujemy równiej bo dobrze by było utrzymać to miejsce.

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

La Pericolosa Sailing Team – zdjęcie załogi z otwarcia mistrzostw świata

myślę, że się nie tylko dobrze prezentujemy na scenie … ;-)

MEDIA AND RACING COVERAGE
Every day, 2016 MELGES 32 WORLD CHAMPIONSHIP racing updates are posted online at the OFFICIAL MELGES 32 FACEBOOK PAGE by NEWPORT LIVE MEDIA. Tune in for the latest racing information, results, video interviews, and photos. Race reports and press releases will be available online each day post-racing at MELGES32.COM.

 

 

TOP FIVE OVERALL RESULTS (After Two Races)
1.) Christian Schwoerer/Karol Jablonski, La Pericolosa; 5-1 = 6
2.) Alessandro Rombelli/Terry Hutchinson, STIG; 4-2 = 6
3.) Jason Carroll/Cameron Appleton, Argo Team; 1-6 = 7
4.) Ryan DeVos/Mark Mendelblatt, Volpe; 2–7 = 9
5.) Andrea LaCorte/Gabriele Benussi, Vitamina; 6-4 = 10

 

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

GER Downwind

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

Mistrzostwa świata w klasie Melges 32 Newport Rhode Island

Do  Newport przyleciałem w sobotę i od niedzieli wraz z załogą rozpocząłęm przygotowania do mistrzostw po długiej przerwie, bo ostatnimi naszymi regatami były mistrzostwa Europy na początku lipca.

Tu żeglujemy na swoim jachcie, który od startu w Fort Lauderdale w lutym stał w hangarze. Oprócz wielu godzin na wodzie musieliśmy sporo czasu poświęcić na dopracowanie wszystkich jego elementów . Wczoraj podczas ostatniego treningu przy bardzo silnym wietrze kiedy ,,frunęliśmy’’ na genakerze pękł nam element trzymający płetwę sterową w dolnym łożysku. Rumpla nie mogłem utrzymać i jachtem zaczęło bardzo ,,trzepać’’ na prawo i lewo, tak że wszyscy którzy stali na rufie latali od burty do burty uderzając się o relingi. Po około dwudziestu sekundach jacht wyostrzył do wiatru i zrzuciliśmy najpierw genakera, potem foka i grota, by wrócić do portu na silniku. Pierwszy raz coś takiego przeżyłem, a najgorszy był fakt, że Christian, właściciel ucierpiał   najbardziej uszkadzając sobie żebra i od razu pojechał do szpitala. Nie byliśmy pewni, czy dziś będzie w stanie sterować, ale całe szczęście żebra są ,,tylko’’ bardzo mocno obite anie złamane.  My do wieczora reperowaliśmy usterkę i dzień, który miał być krótki był bardzo długi i męczący. Całe szczęście, że w naszej wielkiej przyczepie mieliśmy zapasową płetwę sterową i kompletne dolne łożysko steru.

A dziś wiało z kierunku północnowschodniego z siłą 22- 25 węzłów z silniejszymi porywami, co było na granicy limitu wiatru  akceptowanego przez przepisy klasy Melges 32.

Rozegraliśmy dwa wyścigi, w pierwszym finiszowaliśmy na 5 miejscu, odrabiając regularnie straty a drugi wygraliśmy ze sporą przewagą ku zaskoczeniu naszych rywali.

Christian marzył o wygraniu wyścigu i nie mogło się lepiej stać. 1 miejsce w tak silnie obsadzonych regatach i do tego w tak ekstremalnych warunkach wietrznych  daje nam wszystkim powód do dumy i radości.

A do tego jesteśmy liderami po pierwszym dniu regat !!!!

Wiadomo, że prawie niemożliwe jest utrzymanie się na tej pozycji do końca mistrzostw bo jesteśmy outsiderami, teamem z bardzo małym stażem, ale taki dzień dodaje skrzydeł.

Jutro ponownie bardzo silny wiatr, będzie się sporo działo,

 

Pozdrawiam z Newport, ,,szczęśliwie zmęczony’’.

 

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone

SWAN CUP – ostatni dzień

W sobotę z powodu bardzo silnego wiatru nie ścigaliśmy się ale za to w niedzielę wystartowaliśmy godzinę wcześniej, aby zmieścić się w ,,oknie pogodowym’’. Po południu prognoza ponownie zapowiadała sztorm, burze i spore opady deszczu.

Dla nas był to dzień jak co dzień,  który zaczęliśmy już o 8 rano przygotowując jacht do wyścigu wybierając odpowiednie żagle. Cały ten proces może trwać ponad godzinę, ponieważ  ważą one ok. 200 – 300 kg a przetransportowanie ich z dziobu jachtu na brzeg i odwrotnie jest bardzo pracochłonne.

Krótki wyścig pożeglowaliśmy poprawnie ale mieliśmy problemy ze zwinięciem genackera A 3, ponieważ  pękła lina do rolowania, a cały mechanizm też nie wytrzymał bardzo dużych obciążeń przy wietrze około 23 węzłów. Musieliśmy zrzucić ten bardzo ciężki żagiel ręcznie,  co było sporym wyzwaniem dla całej 26 osobowej załogi i wiązało się ze sporą stratą dystansu.  Mimo to linię mety przekroczyliśmy ze sporą przewagą nad Swanem tej samej długości.  Jak wspominałem już wcześniej, przelicznik czasowy nas ,,nie rozpieszcza’’ i dlatego nie zajęliśmy tu czołowego miejsca. Najważniejsze jest to, że właściciel jachtu jest bardzo zadowolony ze swojej nowej ,,zabawki’’.

Po wyścigu musieliśmy spakować wszystkie żagle i przygotować jacht do ,,podróży’’ na Majorkę, gdzie w  stoczni jachtowej w Palmie będą przeprowadzone optymalizacje i różne naprawy.

Następne regaty dla tego jachtu będą na BVI na początku marca.

A ja już wróciłem do domu na dosłownie 4 dni, bo lecę do Newport na mistrzostwa świata w klasie Melges 32 a w drodze powrotnej wystartuję na ostatnich regatach klasy J 70 na jeziorze Bodeńskim.

Dzisiaj rano na parkingu na Okęciu pan z jego obsługi poinformował mnie, że nie było mnie 25 dni…  niezły kierat, ale już niedługo sezon się skończy i nadejdzie czas na intensywne przygotowania sprzętu bojerowego i budowania formy fizycznej.

Pozdrawiam z Olsztyna

 

 

Opublikowano Bez kategorii | Komentarze są wyłączone